Mu pi­sać. Ciągle
Kategorie

Mu pi­sać. Ciągle

Mu pi­sać. Ciągle się łudził, że nareszcie trafi na ko­goś, kto mu przekaże pomyślne wiadomości z domu, może nawet gryps przeniesie przez ce­le więzień i bramy obozu. Tak mi się przynajmniej wydawało. I w ustawicznym oczekiwaniu na możliwość poszukiwań upływał trzeci rok jego pobytu \"w obozie, znaczonego nie datami kalendarza, ale coraz to innymi nąkaniami i męczarniami. Nie tylko to. Józef bał się gazu. I w tym lęku, który jakże często wbrew jego woli i niezwy­kłemu opanowaniu pojawiał się w oczach, kie­dy syreny i gwizdki żołnierskie zapowiadały blokszperę, w nieznacznym grymasie ust, gdy za drutami szedł milczący transport ku kre­matorium, upływały mu zadymione dni i noce. Wysmukły, w nienagannie uszytym i z non­szalancką elegancją noszonym pasiaku, robił wrażenie prominenta, arystokraty obozowego z ducha i ciała. Wiedział, co robił. Nie chciał rzucać się w oczy Niemcom z tą swoją swobodą i dlatego od dwu lat pracował wyłącznie noca­mi. Zazdrościłem mu elegancji ruchów i ubio­ru. Wyglądałem przy nim jak łapserdak. Nie przystawał do drewnianych baraków, do błota i zmuzułmaniałych współwięźniów. Był prze­ciwstawieniem tego wszystkiego, co się widzia­ło w obozie; promieniowała z niego chęć życia; nucone francuskie piosenki lekkie, swawolne, nie godziły się z ponurym zmęczeniem wraca­jących z komand; z kim tylko nawiązał rozmo­wę, gdzie się pojawił, rozjaśniały się twarze; wynosił w ukryciu swoim przyjaciołom, znajo­mym i nieznajomym proszącym go o to — chleb, margarynę, kiełbasę, którą udawało mu się zwędzić z magazynu. W lagrowej gwarze nazywało się to: zorganizować. Roznosiłem ogień i wrzucałem go na paleni­ska kotłów rozmieszczonych od południowej strony. Mocny swąd czadu rozłaził się w po— wietrzu i dusił. Podsypywałem węgiel, kiedy wrócił. Wbiegł zmęczony. Podszedł do mnie, ujął pod brodę i zapytał: — Ca va? Pod tym pozornie niefrasobliwym pytaniem skrył całą gorycz zawodu. Wiedziałem, że ni­kogo nie spotkał, a więc niczego o najbliższych się nie dowiedział. Jeszcze jedną zawiedzioną nadzieję trzeba wpisać w niezliczony ich re­jestr. — Ca va — odparłem. Poszedł szybko do kartoflami i ja za nim. Przynieśliśmy tragę; wsypawszy zawartość do wyszpachlowanego, świecącego się kotła, wró­ciliśmy, napełnili ją ponownie wybranymi z wo­dy w basenie ziemniakami, znowu wysypali je do kotłowego wnętrza. Potem jeszcze brukiew. Dreptaliśmy po ceglanej posadzce, tłukliśmy drewniakami, każdy w innym kącie, przy in­nym kotle. Józef roznosił ogień po przeciwnej stronie kominów, od cygańskiego lagru. Ja rozbełtywałem „AVO\", zupną zaprawę, która brukwiano-ziemniaczanej cieczy nadawała za-wiesistości i smakowitego zapachu bulionu albo grzybów. Płomienie rozpoczynały swoje monotonne buczenie w kominach, rozgrzewały się kotły, powietrze kuchni

Poprzedni - I skrzętnie obranymi
Następny - Stawało się duszne.

Strony pokrewne